TATRY 99
19 lipiec, poniedziałek
Najpierw spotkałem się z Rafałem, gdzieś tak przed 8, a potem przyszedł Kwiatek i tenże Kwiateczek dzień wcześniej strachu nam napędził, bo zadzwonił do Rafała i mówi, że ma gradusow więcej niż 36.6, co powodzeniu naszej wyprawy nie wróży dobrze, ba! w ogóle nie wróży ("Ciemność widzę, ciemność, widzę ciemność") , ale z drugiej strony, co słaby jest?, nałykał się tabletek we wszystkich kolorach tęczy i już mógł jechać.Przyprowadził koleżankę, Ulę, którą poznał 2 tygodnie wcześniej na obozie żeglarskim. Ula studiuje romanistykę i już jest na 4 roku i pochodzi z Siedlec i jedzie z nami w Tatry (nie boi się?!). Widocznie nie, albo się boi...powiedzieć, że się boi.
Bilety niestety mieliśmy każdy w innej parafii, oprócz dwóch. Pogadaliśmy trochę na korytarzu, Rafał poczytał prasę (ale taką normalną, nie zawodową, w końcu jest na wakacjach, nie?), po czym udaliśmy się do Warsa(u), w każdym bądź razie do wagonu restauracyjnego Wars (teraz dobrze?). Nabyliśmy po herbacie, tudzież kawie i czym prędzej zaznajomiliśmy Ulę z prawidłami igry w kości (na razie jeszcze bez lufek, bo pijani kierowcy wiozą śmierć i nie bądź głupi, nie daj się zabić). Kiedy nam się znudziło, to zagraliśmy sobie w kenta. Ja byłem z Rafałem i nawet nam nieźle szło na początku, ale w pewnym momencie drużyna przeciwna ("Ja nie będę pokazywał palcami!") zaczęła mieć za dużo kentów (chyba kantów! i to przez bardzo duże K. Kwiatek myślę mógłby się wypowiedzieć na ten temat, sporo byśmy się nauczyli i gra by się stała wyrównana, n'est-ce pas, Kwiatek?). Ale dość już tych insynuacji, koniec końców Rafał powiedział "Kwiatek wstań" i w tym momencie od Kwiatuszka odlepiły się karty, a część była na krzesełku ("Ja tu widzę niezły burdel, siostry!...Burdel to macie wy, w tym waszym Archeo!").
Zastanawialiśmy się także gdzie by tu rozpocząć wędrówkę i jedyne co było pewne to to, że nie zaczniemy z Chochołowskiej, bo byśmy pomarli z nudów, a poza tym co słabi jesteśmy, od razu z grubej rury, a dwa nikt jeszcze nie wiedział, że w schronisku na Polanie dają bilarda za darmo od 23 wzwyż (i jeszcze, że są takie super prychole, acha i wrzątek też jest za darmo).Rozwiązanie pośrednie przewidywało, że się trochę podzielimy, tzn. Kwiatek pójdzie na Kondratową, wtorek sobie tam przeleniuchuje, a my przejdziemy Czerwone Wierchy, startując ze schroniska Ornak i się z nim spotkamy. Stanęło jednak na tym, że wszyscy pójdziemy na Kondratową, wtorek Kwiat spędzi na kuracji, a my trzaśniemy trasę Kondratowa-Giewek-Ciemniak-Kondratowa. Przypieczętowano, zatwierdzono, zapłacono gotówką!
W Zakopcu wylądowaliśmy dopiero po 14 i skierowaliśmy się po zakupy, a najpierw Rafał do ściany. Chyba dopiero trzecia była dobra! Na Krupówkach jak zwykle turystów od za... w sensie, że dużo (bardzo dużo, beaucoup de touristes, mnogo!). W takich strojach na Krupówkach, cóż za fałszywy krok! Dresiki mogą poczuć się urażone, ale personally... I don't give a shit! Zrobiliśmy zakupy w sklepie koło Wierchów (nie, nie, nie Czerwonych, mówimy o tej dyskotece) i się oblałem Coca-Colą (a to pierdoła!) a potem poszliśmy w górę do jeszcze innego sklepu, ale w nim nie sprzedawali nafty, więc jeszcze wyżej! Zatrzymaliśmy się na rondzie i udaliśmy się na zakupy, tzn. nie będę owijał w bawełnę...poszliśmy po flaszkę (-szki). A w tym sklepie to myślałem, że dosłownie padniemy, koleś tak coś 12-letni, może 14-to (max!) kupił flaszkę bez żadnych problemów!!! Co to jest?! Albo rodzina, albo znajomy, albo pani nie zna się na przepisach! W sumie co mnie to obchodzi, nie ja za to beknę! Spakowaliśmy baterię (tzn. Rafał, bo ja niosłem puchy) i szpulę w górę. Odpoczęliśmy sobie króciutko w Kuźnicach pod kolejką, zeżarliśmy czekoladę i w górę (teraz już naprawdę!). Ominęliśmy Kalatówki, bo i po co? Przecież to nawet nie schronisko ( powaga! To jest h o t e l!!! Jak nie wierzycie, to sprawdźcie na mapie).
Schronisko osiągnęliśmy ok. 18 i musieliśmy poczekać, aż pseudo-turyści opuszczą nasz domek! Kolejka do prysznica była...już bez brzydkich wyrazów, była po prostu długa! i jeszcze nie mieliśmy klapek, ale zaadoptowaliśmy worek foliowy i już byliśmy bezpieczni od grzybków! Po kolacji Kwiat został w schronisku i poczytał słownik tematyczny języka francuskiego (jak lubi, to na zdrowie!), a my poszliśmy w górę w kierunku Giewka. Stanęliśmy po drodze i wsłuchiwaliśmy się... w ciszę. Tak, dla nas mieszczuchów pierwszego dnia w Tatrach, to była frajda! To było niesamowite, piękne, nie do opowiedzenia, nie myślcie sobie, że to jakiś wyskok pod publikę, naprawdę dawno się tak nie czułem!
Wróciliśmy po jakichś 20 minutach, Kwiat skończył wkuwać słownik i pograliśmy jeszcze w kości. Cisza nocna jak na koloniach, od 22, więc już przed tą godziną byliśmy w łóżeczkach, tzn. Kwiatek z Ulą, jak na cywilizowanych turystów po Tatrach chodzących przystało, spali na podłodze a my z Rafałem na ławach (że niby lepiej, wygodniej? Coś nie bardzo!). Mniej więcej co 15 minut obracałem się o 90 stopni. Usnąłem w okolicy 3 nad ranem (ale się naspałem!).
20 lipiec, wtorek
Natomiast pobudka bynajmniej nie tak jak na koloniach, bo o 6.30 (o tej porze to nawet biali turyści jeszcze śpią!). W sumie to lepiej, bo już nie trzeba się męczyć na tych zafuckanych ławach. Ze śniadankiem musieliśmy poczekać, bo panie od schroniska obsługi (te co nas misiem straszyły wieczorem) musiały przemyć podłogę a wrzątek dopiero od 7.30 (skandal!). Ale my turyści (tzn. wędrowcy chciałem powiedzieć) musimy sobie pomagać, nie? Jakiś koleś, który wyglądał nam na 20parę lat (a się okazało, że ma 30coś) zaoferował nam swoją kuchenkę spirytusową (taka wielofunkcyjna...) i mogliśmy się obejść bez łachy pań schroniskowych! Dużo nam to nie pomogło, bo i tak wyszliśmy 8.20ileś.
Giewka osiągnęliśmy przed 10, czyli przed godzinami szczytu. Panoramę my wyjęli i podziwiali z zachwytem, och i ach! A potem nam się skończyła woda i stanęło na tym, że my z Ulą cofniemy się do źródełka i zatankujemy...do tej przygodnej butelki, którą znaleźliśmy na szlaku. Przy wodopoju zatrzymała się jakaś zmilitaryzowana ekipa (chłopaki i dziewczyny!), taka, że aż strach się bać! Rafał czekał na Kopie Kondrackiej a po drodze minęliśmy dresika, który wyszedł był (dobrze Rafał?) wcześniej ze schroniska a w ogóle to chwalił się, że wystartował o 4 z 5 Stawów czy Murowańca, whatever. Trochę jednak mało wiarygodny się okazał, bo szedł, jak to powiedział, do Doliny Strążyńskiej...osobiście nie znam, ale może co nowego dostawili.
Czerwone Wierchy nudne do bólu (żadnych łańcuchów, nic się nie dzieje, dłużyzna, "aż mi się chce wyjść z kina i wychodzę!"). No i pewnie, bo pierwotny plan przewidywał powrót tą samą trasą, ale będąc już na Ciemniaku (i spotkaliśmy kolegę do kuchenki) wymyśliłem, że zejdziemy do Kościeliskiej, przejdziemy przez miasto, kupimy chleb. Trochę obawiałem się reakcji pozostałych członków drużyny, ale pomysł podchwycili i wyruszyliśmy. Zanim my pojechali do miasta, my byli wypili (chyba dobrze? Jeśli nie, to popraw) z Rafałem bardzo dobre zimne piwko, które wchodziło jak Coca-Cola (ale nie light!).
Wylądowaliśmy przy dworcu, zakupiliśmy pieczywko i do domu. W busie Ula pogadała sobie z francuzkami, ale chyba nie chciały nas obrazić, mam nadzieję! Bez cargo na plecach to taką trasę na Kondratową mógłbym wbiec, zupełnie inaczej niż dzień wcześniej, ale niestety znowu ci pseudo-turyści powodowali, że było głośno, głośno!
Weszliśmy w niecałą godzinkę, Kwiatek leżał na trawce i coś tam sobie poczytywał a godzina była trochę przed 18. Zjedliśmy sobie kolację na powietrzu i zaczęliśmy planować co by tu jutro robić i jak głosi oficjalna wersja Kwiat powiedział, że coś będzie najważniejsze jutro, na co ja leżąc wyciągnięty na karimacie i wpatrując się w niebo odpowiedziałem, że najważniejsze jutro, to wyspać się dzisiaj i to wcale nie miało być do śmiechu, bo my wiemy coś o spaniu na twardych, niewygodnych ławach. A tu nagle jak nie huknie gromkim śmiechem ("Czy ja coś powiedziałem, Albercik?")z trzech kobiecych gardełek. W tenże właśnie sposób zaczęła się nasza wspólna przygoda i integracja. Uli poszło najszybciej, bo już po pół godzinie skończyło się wspólnym prysznicem, my nie mieliśmy tyle szczęścia. A tak a propos prysznica to dziś kolejka też była długa z tą jedną małą różnicą, że to my byliśmy na początku!
Kiedy już wszyscy zażyli kąpieli, usiedliśmy przy stole i zaznajomiliśmy dziewczątka (Agnieszka, wyglądała na szefa tej ekipy; Ania, siostra szefowej i Małgosia, która w sumie też nie miała kiepsko, bo w końcu była koleżanką siostry szefowej...) z zasadami tej samej gry, z którą poznała się wcześniej Ula, tyle że teraz już nie było na sucho (dosłownie!). Stół otoczyliśmy kolejno: Małgosia, Rafał, Agnieszka, Ula, Kwiatek, Ania, oraz kronikarz. Ja prowadziłem zapis a Rafał był od mokrej roboty...ale chyba trochę przesadziliśmy, bo od pewnego momentu trzeba było przy imionach stawiać gwiazdki (zaległości do odrobienia ). Rafał nie miał problemu z żadnymi gwiazdkami a ja oprócz wody z sokiem, to nic nie wypiłem (czyżbym oszczędzał siły na potem...).
Próbowaliśmy namówić dziewczątka na wspólną wyprawę do 5 Stawów, ale trochę im nie po drodze, bo właśnie chciały zwiedzić Czerwone Wierchy (przecież tam naprawdę nie ma nic ciekawego do oglądania, możecie nam zaufać, uf, uf) i stanęło na tym, że do Kasprowego pójdziemy razem, potem się zobaczy. Gra się skończyła, kilka gwiazdek pozostało nie uregulowanych (Małgosia 3, Agnieszka 2, jakby się ktoś pytał..."porządek w aktach musi być!") i znowu przed 22 byliśmy w łóżeczkach (Kwiat, Ula, Małgosia, Ania, Agnieszka po jednej stronie a my z Rafałem w czołgu po drugiej. Jakim znowu czołgu? Dlatego, że spanie pod stołem, pod którym przewrócenie się z jednej strony na drugą wymaga: 1 wysunięcia się do przodu; 2 przekręcenia o pożądaną ilość ćwierćobrotów; 3 wsunięcia się z powrotem pod stół. Jak w czołgu!). Trochę sobie zdążyliśmy pogadać i jeszcze zagrać w kości (tym razem znowu na sucho!) zanim zostaliśmy jedynymi gadającymi na całej wielkiej sali i wtedy Rafał zapytał, czy dziewczątka chcą bajkę na dobranoc. No pewnie, że chciały, ale tak krótkiej to się chyba nie spodziewały. Poszła ta najlepsza, o morzu, panterze i mieliźnie. Dziwna sprawa, bo nagle całe schronisko ryknęło śmiechem, więc spytałem, czy w takim razie możemy znowu zapalić światło. Na zewnątrz bawiła się jakaś ambitna ekipa (zeszli po piwo do Kuźnic a może po prostu chciało im się pić). Ale nie to jest najważniejsze. Ważniejsze jest to, że latarka Ani nie służy do zabawy i że dirty words wyrzucane z prędkością karabinu maszynowego to mogą się znudzić innym bardzo szybko. I bardzo wam tak gnojki dobrze, szkoda, że was te rogasie (a nie misie, jak głosiła wersja 1.0, chyba musieli być nie dopici) nie zeżarły!
21 lipiec, środa
Obudziłem się o 5.57. Rafał też. Ale super, myślę sobie, bo jeszcze pół godziny do pobudki. Chciałoby się! Panie wparowały o 6 i już się naspaliśmy. Mało nam paluchów nie podeptały!
Śniadanko zjedliśmy, ale niestety bez wrzątku i herbatki a kolegi dziś nie było (wot żałka!). Po śniadanku szpula w górę (7.26 dokładnie). Na postoju Kwiatek cyknął fotkę, a na Przełęczy Kondrackiej zjedliśmy sobie czekoladę i uzupełniliśmy płyny , Rafał narzekał, że go góra upokorzyła (nie chcę być złośliwy, ale pal więcej!...Marshau zobacz czy kolarze nie jadą...dobra, dobra już nic nie mówię), dziewczątka zadzwoniły do domu (między nami komórkowcami!) a na koniec kolesie, którzy wyszli dobre kilkanaście minut po nas to właśnie dotarli. Raptem kilka minut poślizgu ("mają rozmach...itd.).
Do Kasprowego dotarliśmy na raty, tzn. od 10.14 do 10.34. Zjedliśmy sobie w knajpie Radiowo-Zetowej, ale nie spytaliśmy czy by nie przełączyli na RMF, tak chociaż na chwilkę. Zagraliśmy w grę "Szukaj szpilki (nie, nie, nie w stogu siana, to za trudno! Coś łatwiejszego!) na Kasprowym". Widocznie musiało być jeszcze za wcześnie, bo żadnej szpileczki nie udało nam się namierzyć. Potem na zakręcie pstryknęliśmy sobie po fotce i dziewczątka zeszły do Murowańca a potem się jeszcze wdrapały na Kościelec.
My natomiast pomknęliśmy w kierunku 5 Stawów. Przed Świnicą podzieliliśmy się i ja z Kwiatem poszliśmy pierwsi, ale potem przed łańcuchami zaczekaliśmy na resztę ekipy i wtedy już założyłem rękawiczki, bo łańcuszki chłodne! Świnica dzisiaj to po prostu Giewont-2! Turystów a raczej pseudo- od za...znaczy się dużo chciałem powiedzieć. Przed zakrętem na Zawrat zastanawialiśmy się, czy olać szczyt, ale stanęło na tym, że pójdziemy znowu parami bez plecaków. Korek był taki, że byśmy ruski miesiąc czekali, no więc co słabi jesteśmy? Obok szlaku, po skałkach. Na szczycie to już normalnie stopy nie było gdzie postawić! To skandal jest w ogóle, biali pseudo-turyści mają Giewka, to niech sobie tam chodzą a nie korki robią na Świnicy i jeszcze te ich adidasy (Sabała się w grobie przewraca!).
Po drodze spotkaliśmy znajomego od kucheneczki, z którym wymieniliśmy się czekolada za wodę. Postój na Zawracie był, Ula już była wk....upset była bardzo i nawet Kwiatowi nie odwróciła się do aparatu (a nieładnie!). Kiedy schodziliśmy, Kwiat z Rafałem zeszli do śniegu (że niby tacy spragnieni?) a ja odmówiłem, bo kolana miałem już w d...bolały mnie one bardzo i raczej wolałem się nie zatrzymywać. Postój zrobiłem sobie na...(ale spuściłem wodę!). Następny pitstop przy wodopoju i tu poczekałem na resztę ekipy. Potem my z Kwiatem szpulę daliśmy do przodu i myśleliśmy, że zrobimy drużynie niespodziankę, bo załatwili my pokój 4-osobowy ( a wcześniej my byli zjedli bigos...), ale...Ula wolała spać na podłodze (może się poczuła, w końcu co, słaba jest?). Stanęło na tym, że otrzyma refundację i będziemy spać jak biali turyści. Prysznic był, zimny tak jak obiecano, ale skorzystaliśmy. Przed 20 panowie chcieli już zainaugurować rejs (?). O Jezu, łódka Bols, już nie udawajcie, że nie wiecie o co chodzi! Ale ja spasowałem, bo za wcześnie i wolałem udać się na spacer, co też z Ulą uczyniliśmy. Chcieliśmy dotrzeć do Siklawy, ale z jednej strony było za stromo a z drugiej złapał nas deszcz i wróciliśmy do schroniska. Kolację zjedliśmy, potem pożeglowaliśmy...ale sztormu nie było!
22 lipiec, czwartek
Wiadomo, że jak się śpi w łóżku normalnym, to przecież szanse na to, że się wstanie o rozsądnej godzinie (jak wędrowców tatrzańskich) są...no może nie żadne, ale bliskie zeru (a jeszcze w nocy był szkwał-patrz początek rejsu łódką Bols...Ula odbezpieczyła butelkę, Rafał myślał, że to Kwiatek, ten się obudził a ja pomyślałem, że też się chętnie napiję). Dlatego właśnie obudziliśmy się po ósmej i wystartowaliśmy przed 10.
Pogoda była semi-drewniana, bo tak bez słońca, ale jeszcze nie padało (a czacha i tak mi dymiała!). Fotkę strzeliliśmy na zakręcie na Krzyżne (tak, żeby było widać tabliczkę: "szlak bardzo trudny i niebezpieczny", co słabi jesteśmy?), razem z nadwornym fotografem. Aura najwyraźniej sobie z nas drwiła, bo zmieniała się jak w kalejdoskopie i dlatego co chwila zatrzymywaliśmy się. Wracamy? No skąd, słabi jesteśmy?! Pierwszy deszczyk przeczekaliśmy w takiej śmiesznej dziurce na szlaku. Potem to się nawet zrobiło słonecznie i ciepło na tyle, że zdjęliśmy bluzy. Będzie ładnie! Uhm, na pewno, tylko, że już po paru minutach znowu się ubraliśmy (nudne się staje to żonglowanie!). Przed szczytem chlusnęło zdrowo, tak że naprawdę myśleliśmy, że chyba nici z wycieczki,ale...no właśnie, przecież słabi nie jesteśmy!
Ale miła była niespodzianka na Krzyżnym (co?, Rolls-Royce'y rozdawali?!), wcale nie, lepiej! Spotklaiśmy się z dziewczątkami. Rafał pomachał Agnieszce a ona mu odmachała, chociaż nie wiedziała jeszcze, że to my (Warszawka!). Trochę sobie odpoczęliśmy, zjedliśmy, popatrzyliśmy, co po drugiej stronie widać, posłuchaliśmy pana od Canona (ten, co po parę godzin wyczekuje na pogodę), Rafał z Kwiatem pobrali od dziewczątek rękawiczki i szpula na Orlą ("He-Man!"). Acha, i jeszcze Ula się wróciła razem z dziewczątkami (no, może troszeczkę była za słaba, ale trzeba przyznać, że wczoraj się dzielnie trzymała!).
Po kilkudziesięciu metrach mokro się zrobiło i niby już mieliśmy wracać, ale przecież słabi nie jesteśmy. Tak naprawdę to się poważnie zastanawialiśmy, ale na szczęście jacyś ludzie szli przed nami, którzy też wyglądali na właśnie podejmujących decyzję. I słusznie podjęli, bo poszli do przodu (inaczej by nam wycieczkę zepsuli!). Kwiat po kilku łańcuszkach wyraźnie był już znudzony, my natomiast w ósmym niebie (w każdym bądź razie siódmym na pewno). Mieliśmy kilka okazji do zejścia wcześniejszego, ale akurat kiedy już mieliśmy okazać się słabi, to zawsze w tym momencie pogoda poprawiała się na tyle, że mogliśmy iść dalej (ale kozaki!). Zbliżając się do Koziego Kwiatek stwierdził, że dość już tej kozaczyzny jak na jeden dzień i powiedział, że odbijamy z Koziego do domu. Nie powiem, że nie miał racji (dobrze by było zachować całe gnaty jeszcze przez jakiś czas), ale wola zwycięstwa się odezwała we mnie (potem w Rafale) i skoro już tu jesteśmy, to szkoda by było nie machnąć całej Orlej Perci. Zanim decyzję (kolejną tego dnia) podjęliśmy, wcześniej my byli zjedli obiadek i proszę sobie nie myśleć, że łapami, bo Kwiatuszek zatroszczył się o dobre nasze wychowanie i ze szlaku wyczarował widelec (a może wcześniej podłożył...). Rafał się łamał co robić, ale na szczęście znowu ludzie się pojawili i poszliśmy w górę. O dziwo na Kozim sporo osób siedziało, ale nie był to taki dziki tłum jak na Świnicy dzień wcześniej a poza to nie pseudo-turyści, więc się nie czepiam. Z Koziego zejście było nie specjalnie miłe, ale za to jaka pojara! (tudzież zajawka, jak kto woli). Następny tricky kawałek przed samą Kozią Przełęczą, bo już było widać a tu jeszcze trzeba nieźle było dać w dół i dopiero do góry. Tym sposobem miałem cała Orlą trzaśniętą, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia i w sumie bardzo dobrze, bo teraz Rafałowi się zachciało jeść a przecież słaby nie jest, to też by chciał mieć całą Perć zrobioną. Po godzinie już byliśmy na Zawracie ("...w życiu trzeba twardym być a nie miętkim").
17.33 wystartowaliśmy na dół i przed 18.30 byliśmy w 5 Stawach. Była tylko Małgosia, Ula i Kwiatek. Zjedli my z Rafałem bigos...Siostry wróciły przed 19 z Koziego (przecież słabe nie są, to sobie jeszcze gdzieś weszły). Potem przesiadywaliśmy przy stole i sączyliśmy piwo (na początku jeszcze z normalnych kubków a potem z Pepsi). Ania niestety z bigosem się nie polubiła i...trochę dał się jej we znaki. Nadała więc SOS i spuszczono szalupę ratunkową z ORP BOLS, ale nie wiem czy pomogło. Poszła się przespać na górę, gdzie Rafałowi udało się wycyganić jakieś łoże a potem dalej czuwaliśmy na dole. Trochę po 21 Ania powróciła do żywych (nie to, żeby była umarła, skądże znowu. Był to powrót ze świata ledwo żywych). Następnie impreza przeniosła się na zewnątrz, gdzie siedzieliśmy na murku, tudzież na podłodze i piliśmy wyroby czeskiego przemysłu naftowego (oficjalnie rum). Zapach nie powiem, całkiem przyjazny, oktanów nie pamiętam ile. Głównym rozmówcą z nafciarzami był Rafał. Nawet byłoby wszystko w porządku, gdyby niejaki Heniutek (czy jak go zwał) nie zwalił się nam na głowy. Przed północą Anię odprowadziłem (a może odwrotnie, chociaż nie, raczej w zakręty jeszcze się mieściłem) do jej pokoju. A w tym pokoju patrzę sobie okno, za oknem daszek, myślę sobie, że muszę do toalety, ale ona jest przecież daleko i jeszcze trzeba chodzić po schodach, ale słaby nie jestem a 1+1 daje 2, więc...sforsowałem okno (wysoko było) i..."już w porządku mój żołądku" (chyba pęcherzyku, ale by się nie rymowało). Może już nie byłem wtedy pierwszej trzeźwości (kierowco piłeś-nie jedź. Nie piłeś-wypij!), ale spytajcie Rafała kto chciał się kapać w stawach. To by była bardzo zimna i bardzo droga kąpiel! Łóżek było 2, mieszkańcy jeszcze nie wrócili (a już były późne godziny wieczorne), więc myślę sobie, że mam szansę na spanie drugą noc z rzędu jak biały turysta. Plany niestety wzięły w łeb, bo Małgosia mnie wytropiła, weszła do pokoju, zrobiła bardzo jasno, jasno i powiedziała, że nasze (tzn. reszty wycieczki) miejscówki są na dole, koło łazienki. Potem udaliśmy się na dół a po drodze myślałem, że wędrowcy śpiący pod samymi drzwiami pokoju Ani to nas żywcem pogrzebią, bo...było ciemno a Małgosia im urządziła jasność i pognaliśmy na dół. W sumie można ich było zapytać, czy wolą wielką jasność, czy połamane gnaty. Zanim jednak dotarłem do miejsca spoczynku, to jeszcze zdążyłem być na zewnątrz (pamiętam, że już padało), po drodze zabrałem Kwiateczka z łazienki (tak sobie cichutko siedział w kąciku z czapeczką na głowie, więc mu ją zdjąłem, co by mu się mózg nie ugotował). Po lewej minąłem Dawida, po prawej Małgosia, dalej z lewej Rafał, po prawej Kwiatek i pod samym oknem (skąd wiedzieliście, że będę go potrzebował?) Agnieszka i jedno wolne miejsce (chyba dla mnie). Okna użyłem tylko 2 razy (no może 3, już nie pamiętam, ciemno było).
Wcześniej jeszcze zastanawialiśmy się co by tu jutro zwiedzić i stanęło na tym, że dziewczątką trzasną Szpiglas bez cargo a my przejdziemy przez Świstówkę z ich plecakami do Morskiego Oka (pieprzeni lichwiarze, 20 za podłogę jeszcze czego!) i się tam spotkamy. Niestety, to na czym stanęło przed północą się popsuło, bo przyszedł deszcz i wszystko poprzewracał (Rysy bye, bye!).
A tak w ogóle to Ania wzięła mój zegarek, ale nie był mi potrzebny. Szczęśliwi czasu nie liczą (przecież mówiłem, że mam go tylko dla termometru!). Szczęsliwi liczą metry (co?), metry bieżące a dokładnie, to ile ich jest do najbliższego okna...Najlepiej jest wtedy, gdy liczba ta jest jednocyfrowa a już jest super, gdy jest nieparzysta, pierwsza i mniejsza od dwóch...
23 lipiec, piątek
Pobudka o 7, bo się turystom zachciało prysznica, ale nie przyszło im do głowy, że na przykład ludzie chcą jeszcze spać i poza tym gdzie was niesie, nie widzicie, że nic nie widać, bo jest mgła! Agnieszka po przebudzeniu zaczęła coś nam insynuować (co za popieprzone słowo, nie lepiej napisać, że zaczęła robić żaluzje?!) w związku ze stanem swojego ubioru, ale ja miałem głowę po przeciwnej stronie, jestem niewinny (jak zawsze zresztą!) i jeszcze "ja nie jestem agresywny, agresywność 1".
Śniadanko było fajne, aż przyjemnie było popatrzeć, bo moje niestety ograniczyło się do barszczyku i herbaty, czy mięty. Po śniadaniu jeden stolik (Kwiat, Małgosia, ja i Marcin ten z Gdańska) zagraliśmy w brydża, drugi stolik (Rafał, siostry i Dawid) w kenta. Sensu nie było siedzieć cały dzień, więc się zerwaliśmy do Roztoki. Schodziło się średnio przyjemnie, bo było mokro i ślisko a na dodatek zimno. Ale to wszystko nic nie znaczy, jeśli się weźmie poprawkę na to dokąd poszedł Dawid. Wrócił się po rzeczy do Murowańca, a że nie chciał już iść przez Krzyżne plus, że słaby nie jest to...poszedł przez Zawrat (a widzialność taka, jak stąd do monitora).
W Roztoce wylądowaliśmy po 13. Wzięli my pokój 6-osobowy, chociaż 5 by w zupełności wystarczyła...Cały dzień przesiedzieliśmy w stołówce, grając w kości, karty, jedząc obiad, pijąc piwo. Tak się zastanawiałem, czy już jeść, czy może jeszcze poczekać, ale ja już byłem głodny. Schabowy tego nie rozwiązał i dopiero naleśniki zjedzone do spółki z Anią i Małgosią (jadły mi z ręki, no może nie do końca, jeszcze był widelec) pozwoliły mi zapomnieć o jedzeniu (nawet się nie spodziewałem, że aż na t a k długo. Ledwo sobie przypomniałem i to bynajmniej nie tego samego dnia!).
Przy naszym stole (dlaczego naszym? Bo nas było więcej!) siedziała angielka Kirstien, którą też nauczyliśmy grać w kości. Coś z nią było nie w porządku, bo najpierw rozmawiała sobie z Kwiatkiem (to jeszcze możemy zrozumieć), ale dlaczego potem dobierała się do Agnieszki (może AC/DC?). Potem graliśmy w kalambury i było parę śmiesznych haseł, ale Agnieszka nie przejmuj się, nie masz tego...Kiedy na chwilę przestało padać, wyszliśmy sobie na spacer i była pierwsza bajka, tzn. niosłem Anię (następne też będą, ale nie dzisiaj). Przed kolacją trzasnęliśmy sobie dziary (bo my wszyscy jesteśmy dziarscy!). Niektórzy na rękach a niektóre (a może niektóra?)...nie na ręku. Kolację niestety znowu tylko obejrzałem i poszedłem spać, bo bolał mnie brzuch ("bestia zagraża światu, panie komisarzu").
Długo sobie nie pospałem, bo przyszła Ula i zapaliła światło. I bardzo dobrze, bo potem już nie usnąłem. Wróciła reszta ekipy, rozłożyli się na wyrku Rafała i zaczęli grać w karty, opowiadać sobie bajki (z gatunku tych możepanteramnieliźniowych). Ja dodałem swoją o apostołach i aj! Chyba w złą godzinę wymówiłem. Na razie jednak jeszcze przez krótką chwilkę (panie kierowniku to był moment!) wszystko grało, ale...Ania spytała, czy czegoś nie potrzebuję, bo mi coś tak ciężko się oddycha. Agnieszka poszła jeszcze dalej, bo zaczęła szukać torebek i nawet znalazła, ale w tym właśnie momencie urządziłem "Koszmar z ulicy Roztoki". Trzeba było mnie nie popędzać, to bym zdążył do okna (a wprawę już miałem) i wszystko byłoby OK. Dla mnie ten dzień, wtedy się jeszcze nie skończył, ale przyjmijmy nową datę po zejściu na dół.
24 lipiec, sobota
To tylko taki zabieg kosmetyczny, żeby wyglądało, że w sobotę też się coś działo, bo dla mnie osobiście to piątek miał wtedy koło 42 godzin.
Rafał odprowadził mnie w okolicę łazienki (tu się czułem bezpiecznie!) i trochę ze mną pobył, ale go odesłałem na górę, bo nie było sensu, żeby się dwie osoby nie wyspały. Wiedziałem, że ta noc będzie dla mnie długa (dłuższa niż ta na Kondratowej), więc musiałem sobie jakoś czas zorganizować. Przejrzałem krzyżówkę, zwiedziłem łazienki (wszystkie!) i zajęło mi to niecałą godzinę. Pomyślałem, że może jakoś usnę, ale trochę zimno. Noc jest, nikt się nie kapnie, więc pożyczyłem sobie czyjeś goretexy i ułożyłem się wygodnie na ławach. Długo nie pospałem, bo...nagle się obudziłem i znalazłem się w łazience...Potem przyszli goście (Rafał z Małgosią). Dostarczyli mi śpiwór i karimatę, no to teraz będę spał jak król! Chcieli mnie zaciągnąć na górę, ale na szczęście udało mi się wybić im ten pomysł z głowy, argumentując tym, że raczej by się nie wyspali i jeszcze nie daj panie boże znowu bym im horroru narobił (po co wam to, mało się naoglądaliście?). Ktoś musi nie spać, żeby spać mógł ktoś! W sumie spałem ok. 1,5 godziny, ale nie za jednym zamachem. Najdłuższy kawałek, to coś tak ze 40 minut. Mniej więcej od 5 zaczęli się kręcić ludzie (min. ci, których dzień wcześniej spotkaliśmy, schodząc z 5 Stawów).
O 7 zwinąłem się na górę z pierwszą partią dobytku. Chyba obudziłem Rafała (sorawka!). Myślałem, że wezmę sobie wrzątek, wypiję miętę i przynajmniej będę wiedział jak się nazywam...a i owszem, tylko że musiałem poczekać, bo była dopiero 7.15 a wrzątek jest od 8. W takim razie przeczytałem sobie wszystkie możliwe tabliczki i napisy (te o pociągach, schroniskach, PKS-ach). Jeszcze nie było 8, więc zaniosłem drugą partię zabawek i chciałem obudzić Kwiatka, bo był gdzieś umówiony, ale chyba na później, bo sobie jeszcze smacznie spał. Na śnidanie znowu się tylko popatrzyłem. Kwiatek wyszedł przed 10 (miał odebrać siostrę w Zakopcu) i wstępnie umówiliśmy się na wieczór w Chochołowskiej.
Na drodze z Morskiego Oka tłumy były dzikie pseudo-turystów, że aż się trudno czasami było odnaleźć (I jeszcze biedne koniki musiały wieźć ciężkie tyłki no górę!). Do Zacofanego pojechaliśmy PKS-em, gdzie pierwszy raz w życiu miałem kontrol biletów w PKS-ie. Już myśleliśmy, że Agnieszka dołączy do klubu Bigosik, ale twarda była a nie miętka, więc nie zrobiła nam tej przyjemności. Ulę zostawiliśmy na dworcu, bo stwierdziła, że jedzie do domu. Forsę pobraliśmy ze ściany, która zaraz potem się zepsuła (jak co złego, to nie my). Obok był sklep i chciałem sobie kupić Coca-Colę (organizm się domagał), ale mi nie dali. ALE JA muszę, więc chociaż niech będzie Light! I jeszcze dostałem 5 pocztówek (po jednej na głowę). Na obiad zatrzymaliśmy się w Grace i co, że niby znowu będę się tylko przyglądał? Na pewno nie! Chciano mi zatkać usta herbatą, ale w końcu nie wytrzymałem i kupiłem sobie pizzę z bananami. Taka mała improwizka, ale nie było to to, co tygrysy lubią najbardziej. Poczytaliśmy prasę (no i kogo to obchodzi?). Obchodzi, obchodzi, i to wcale nie tyle, co zeszłoroczny śnieg, bo napisano, że...(osoby o słabych nerwach prosimy o opuszczenie sali, nie widzę...dziękuję) Zawrat się osunął 6 metrów (no i co z tego?). To z tego, że 2 dni wcześniej szedł tamtędy Dawid...na szczęście nic nie napisali o jakichkolwiek stratach w turystach.
Agnieszka na deser zakupiła arbuza (dobrze wiedzieć, może się kiedyś przyda ta informacja) a potem udaliśmy się do Remy po coś z wysokim napięciem (bo przecież good-bye party Rafała), ale nie sfinalizowaliśmy tam zakupu. Rafał z Anią poszli w górę Krupówek a my (Agnieszka, Małgosia i ja) zostaliśmy na dole. Wrócili z Martini ("Wstrząśnięte, nie mieszane...I'm Bond, James Bond") i tonikiem, plus cytrynki. Tak zaopatrzeni pojechaliśmy do Chochołowskiej. Podróż do schroniska była dłuuuuga i śmieeeeeszna (chociaż to wcale nie jest śmieszne, kiedy mógłby się komuś wkręcić sznureczek od sukienki w łańcuch, bo to grozi skalpem). Agnieszka aż upadła na kolana, łezki jej się posypały (czy ja coś powiedziałem?), więc postanowiłem lepiej już nie ryzykować, bo jak zwykle będzie jeszcze na mnie. Pierwszy postój zrobiliśmy sobie na ławeczkach, pod daszkiem. Fotka tym razem z Małgosiowego aparaciku. Tak się wygodnie rozłożyliśmy, że aż trudno nam się było poderwać. Następny postój na tych mokrych kamieniach. Do schroniska dotarliśmy przed 18. Pokój był 6-osobowy (numer 216), ale bez problemu pomieściło się w nim i 7 osób. A w schronisku jakie luxusy! Wrzątek darmo ("ale za cukier wypadałoby zapłacić"), bilard pół darmo (7 zetów za godzinę), łazieneczki jak w Mariottcie, że aż och i ach! Krany prześliczne i takie mądre, że można sobie było nieźle głowę połamać zanim się odkryło gdzie się reguluje ciepło zimno (takie małe kraniki pod umywalką). Korytarze kręte jak na statku kosmicznym. Telewizor nawet był (kto chciał mógł popatrzeć, właśnie lecieli "Złotopolscy"). Telefon też był, taki jak wszędzie (no i co w tym takiego niezwykłego, dobrze, że taki jak wszędzie. Niedobrze! Bo wszędzie nie działały!). Agnieszka i Małgosia poszły pierwsze korzystać z dobrodziejstw pryszniców, a my z Rafałem i Anią zostaliśmy na zewnątrz, gdzie szum potoku był taki, jakby deszcz padał. Potem wróciliśmy do środka, gdzie był telewizor (ale nie oglądaliśmy, na wakacjach w końcu jesteśmy, nie?). Rafał w pewnym momencie zapytał mnie, czy może po piwku, na co ja odpowiedziałem również pytaniem, czy jeszcze chciałby coś dodać do wypowiedzi...Piwko sobie wypił, ale tylko z Anią. Kiedy my z Rafałem wróciliśmy z prychola zaraz pojawił się Kwiatek z siostrą, stąd 7 osób (ale opłata za 6, schronisko bogate, przecież widać po łazienkach, nie zbiednieje!). Kolację znowu tylko obejrzałem (ale tak ładnie i apetycznie wyglądała, że nawet przyjemne było samo oglądanie). Po kolacji było party "sufit blisko" i Martini. Mała też dostała (a przecież 18 lat nie skończyła?!). No to w takim razie Kwiatek za to beknie z 208 KK [Rozpijanie]: "Kto rozpija małoletniego, dostarczając mu napoju alkoholowego, ułatwiając jego spożycie lub nakłaniając go do spożycia takiego napoju (co Marysia, z bratem się nie napijesz?), podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2". Nie notowany jesteś, nakłamiemy, że sama chciała i Cię puszczą....z torbami za grzywnę! To już lepiej Kwiat posiedź trochę: rok nie wyrok, dwa lata jak dla brata. Podczas przygotowywania drugiej serii Martini Rafał zrobił jeża, ale trochę przesadził, bo przy okazji powstało sztuczne Jezioro Martini. W ten sposób na jednym brzegu spali: Ania, Agnieszka, Rafał na górze, Małgosia i Marysia na dole a na drugim brzegu ja z Kwiatkiem (tzn. nie ja z nim, tylko ja na dole (nie ufał mi jeszcze, ale do okna było blisko, nie pękaj Kwiatek!) a on na górze).
25 lipiec, niedziela
Wiedziałem, że wcześniej czy później decyzję trzeba będzie podjąć. Dziś niestety było już to później. Jechać, czy nie jechać? Oto jest pytanie! (To beer or not to be...Czy coś takiego). Chciałbym zostać, bo...nie mogę patrzeć jak sobie Kwiatek nie daje rady z Marysią (zachowanie skan-da-licz-ne! Mogę powtórzyć:bardzo nieładne, brak szacunku dla starszych. My jak my, ale starszy brat! Zero poszanowania dla zasady (w sumie dwóch): 1) Starszy brat ma zawsze rację i 2) Jeśli starszy brat nie ma racji, patrz punkt 1). Oczywiście żartuję, chciałbym zostać, bo jeszcze trzeba wejść na Rysy...Też nie? To po co chciałbym zostać? A no jasne, prawie zapomniałem, przecież są fajne koleżanki (ale wazelina!). Tak naprawdę dlatego, że dawno nie byłem na tak się świetnym wyjeździe, z takim extra klimatem (ale nie bierze się on ot tak. Potrzebne są 3 bardzo istotne czynniki (a może czynniczki?) klimatyczne, bo w przeciwnym razie będzie to tylko klimat umiarkowany a taki jest w Polsce, więc byłoby to nihil novi). ALE. Ale, przyjechałem tu z Rafałem, więc wypadałoby i z nim wrócić, bo jest moim przyjacielem a poza tym gupio (wiem, brakuje "ł", ale specjalnie) się podróżuje pociągiem samemu (nawet, jeśli jest to 1 klasa). No cóż, zaryzykuję. Może jeden świeży T-shirt i komórka nie załatwią sprawy (chyba nie cenisz mnie tak tanio Marshau?). Gdzież bym śmiał, dlatego dorzucę jeszcze odprowadzenie do Zakopca i może trochę da się udobruchać.
Zdjęcie grupowe przed schroniskiem na do widzenia (ale robił jakiś przygodny pstrykacz, więc zero profeski!). Następna sesja na zakręcie (hmm, Rafał w Playboy'u a może Cosmopplitan? Nie wiedziałem, ale z drugiej strony nie na darmo ma na imię Rafał. Czesi powiedzieli, że u nich pornostary mają na imię właśnie Rafał). Pożegnali my się (a nie mieliśmy chusteczek do ocierania łez!) i każdy ruszył w swoją stronę. Kwiat poprowadził wycieczkę przez Trzydniowiański, Wołowiec, Grześ i do domu.
Plecak Rafał zostawił w przechowalni i wyruszyliśmy po zakupy do miasta ("Do miasta idę, sksypecki niose, zeby tam panom zagrać po trose"- Tytus, Romek i A'Tomek XVII. Tak mi się jakoś nagle przypomniało). Prezent wybraliśmy dla Ani, bo 26 ma imieniny. Odprowadziłem Rafała do dworca, pożegnaliśmy się a wcześniej pobrałem jeszcze żelazną porcję ubrania (taka mała wymiana). Teraz właśnie przydała się wiedza o tym, że dziewczątka lubią arbuzy, bo jest szansa, żeby im zrobić niespodziankę a ja lubię robić niespodzianki! Cargo załadowałem na plecy, w Kościeliskiej byłem po 16 i kombinowałem, co by tu jeszcze dziś porobić. Dotarłem do schroniska Ornak, przekazałem wiadomość do Chochołowskiej, że będę koło 22 i szpula w górę. Trochę się zastanawiałem na Iwaniackiej czy aby już nie wracać, ale jeszcze czarny aniołek brał górę a poza tym słaby nie jestem! Rozjaśniać mi się zaczęło wtedy kiedy właśnie już trochę pociemniało i się zachmurzyło, że nie było sensu iść dalej. Dwa aniołki starły się ze sobą jeszcze raz na Siwej Przełęczy. Czarny argumentował, że słaby nie jestem i że kupę czasu zaoszczędziłem, na co biały właśnie kontrował, że i tak plan wykonany ponad normę, 2 że zaczyna być nieprzyjemnie i 3 że lepiej nie robić obsuwy. Czarny się już nie odezwał, więc sędzia zakończył spotkanie, kończące się wynikiem 3:2 Biali.
Do domu dotarłem po 20 i myślałem, że pyśki się ucieszą, że już wróciłem, ale najpierw zapytali dlaczego przed czasem. Zakupy wyładowałem (mleko i sok pomarańczowy Danoniasty dla Małgosi o ile dobrze pamiętam, plus niespodzianka federalna-arbuz, acha i jeszcze Rodzinka, chyba pasuje, nie?). Ryż z jagodami dostałem od Małgosi (dziękuję, był bardzo smaczny!) a od Ani herbatkę (jeszcze była ciepła, też dziękuję), więc chyba opłacało się zostać (no przecież żartuję).
Przed kulkami zdążyłem wykonać pranie (ach moje biedne paluszki!), no to teraz mogę tu zostać miesiąc dłużej. Pani od kulek chciała nas pożegnać o 23 (przepraszam panią, ale to chyba jakaś pomyłka, bo my jeszcze nie wychodzimy!), ale udało się nam przedłużyć. To cała noc przed nami! Pograliśmy sobie do 1.30. Po drodze Kwiatek strzelił Ani cover-girl fotkę i bajerował Małgosię na Minoltę (a ja wcześniej na zegarek). Potem już w pokoju uśpiłem Małgosię (a raczej zanudziłem. W sumie nieważne, skutek ten sam). No bo chciała bajkę o Królewnie Śnieżce i tych kurduplach, 7 krasnoludkach. Ale że każdy tę bajkę zna, to postanowiłem ją trochę podrasować, uwspółcześnić, dodać trochę dramatyzmu, bo to, że Śnieżka zeżarła nie myte jabłko i potem padła na parę dni już nikogo dziś nie wzrusza. Świadczy to tylko o jej gupocie i dzieci wcale nie będą jej żałować.
26 lipiec, poniedziałek
Prezent Ania otrzymała, akurat będzie pasował do jej pigułowo-białego przeciwdeszczowego płaszczkyka. Plan uciech na dziś przewidywał wędrówkę jeszcze po okolicy Chochołowskiej i wieczorem zjazd do Morskiego Oka, tudzież Roztoki. Zanim wyruszyliśmy, plan uległ był zmianie. Mianowicie wzięli my cargo na plecy, siebie na rowery i huzia na Józia! Chcieliśmy wejść na wrota Chałubińskiego, ale...nie weszliśmy. Za rowery panu zapłaciliśmy po drodze i myślałem, że sobie zmienię rower, ale pan mi zepsuł zabawę, bo się okazało, że ten najlepszy bike to jego. Nie, to nie! Po drodze skończył mi się napęd i cały się wysmarowałem, ale na szczęście załapałem się na ostatniego Fresh&Clean'a i już byłem czyściutki.
Wsiedliśmy do nowiutkiego busa i nawet może byśmy go bardziej szanowali, no ale skoro pan nam zaczął fikać i co chwila zwracać uwagę, że mu popsujemy i pobrudzimy, to za karę dostał podwójną porcję okruszków! A propos, ile wyszło za bilarda? Jakiego bilarda? Tego wczorajszego...Acha, w takim razie następne parę złotych jesteśmy do przodu!
Chyba nie było nam dane wejść na Rysy, bo kiedy tylko opuściliśmy Zakopane, to właśnie się rozpadało. Chyba trochę zmoknę, bo gdzieś posiałem ortalion, ale z cukru nie jestem, nic mi nie będzie. Gdzież by tam! Gdzie diabeł nie może tam babę (przepraszam Cię Małgosia!) pośle. No i musiałem założyć na siebie ceratę! Ekipa wycięła ostro do przodu a ja wolniuteńko za nimi, ale tak to się kończy, gdy się chodzi w glanach w jednej parze skarpetek (ale przecież wczoraj było pranie?! Tak, ale NIE wyschło i nie zanosi się, żeby to się miało zmienić!). Stało się już tradycją, że szliśmy w przeciwnym kierunku niż wszyscy i bardzo wam tak dobrze fuckani pseudo-turyści, że was zmoczyło! Może znowu się luźniej zrobi, chociaż na parę dni!
Kocham to schronisko! Ortalionik wisiał sobie przez 3 dni i włos mu z głowy nie spadł! Pokój wzięliśmy inny niż ostatnio...ale też ładny, tyle że z jednym oknem...Nawet było gdzie wysuszyć pranie, ale nie ma się co ta zachwycać, bo ciepłej wody w prysznicach i tak nie było!
Małgosia ucięła sobie drzemkę a my w tym czasie na dole spełniliśmy obowiązek wycieczkowicza, tzn. napisaliśmy kartki i oczywiście tę najlepszą, wierszowaną do Rafała. W międzyczasie do niego zadzwoniliśmy. Potem sobie graliśmy w kenta. Ja byłem z Kwiatkiem a Marysia z Agnieszką i nie wiem dlaczego, ale Agnieszka stale patrzyła Kwiatowi na ręce... Wieczorem natomiast w kalambury. Kuba z Dawidem (Poznań) się dołączyli w końcu, bo najpierw psujki psuli nam całą zabawę, więc ich zaprosiliśmy do naszej piaskownicy. Wieczór (a raczej późna noc) skończył się brydżem. No i kto wygrał? No kto, lepszy wygrywa. Czyli? No a cóż to za pytanie?! (Retoryczne chyba!). Oczywiście, że my!
Rysy oddalały się coraz bardziej, bo burza z piorunami waliła taka, że aż strach (się bać).
27 lipiec, wtorek
Niestety zapomniałem wyłączyć wszystkie budziki (wszystkie 5 chciałem powiedzieć. A co słaby jestem?) i 6.30 zadzwonił właśnie ten jeden. Tylko po to, byśmy się upewnili, że tak drewnianej pogody, to nie było dawno (no przecież wieki całe temu...chyba w piątek. Już nie pamiętam kiedy to było!).
Część brydżowa drużyny wstała...później niż część nie-brydżowa (no dobra nie będziemy ukrywać. Z wielkim trudem zwlekliśmy się ledwo przed 10 i...śniadanie już czekało! Ania z Agnieszką, jak będziecie tak plusować na górze, to się wam w końcu kartka skończy, ale i tak pewnie już macie wystarczająco dużo, aby zostać świętymi!
Po śniadaniu był rewanż w brydża i...tym razem też wygrała lepsza drużyna, ale proszę już bez pytań. Nie było sensu gnić w schronisku, szanse na poprawę pogody zero (0) w porywach do dwóch zer (00), więc postanowiliśmy zerwać się do Zakopca. Szlak zamienił się w potok, ale przecież słaby nie jestem, więc drugi raz było jak w bajce (przeniosłem Małgosię...Boże co za ciężar, mało mnie w ziemię nie wgniotło...panie kronikarzu, czy nie zapomniał pan dopisać, że jak zwykle pan żartuje. Och wybacz mi moje dziecko, tyle muszę tego wszystkiego pamiętać! Dziękuję Ci Małgosia za uwagę...no oczywiście, że żartuję, chyba nie trudno się domyśleć. Na pewno łatwiej się domyśleć, niż przenieść taki ciężar...No dobrze, już kończę te głupie żarty). W mieście wystąpiły podziały wracającododomowo-wZakopanemzostająco-szlajającesiępoKrakowie. Kolega Małgosi miał wolną chatę w Krakowie, więc problem sam się rozwiązał. 15.15 jechaliśmy do Krakowa. Agnieszka spała (a przynajmniej próbowała), Kwiatuszki też a my z Anią i Małgosią zabijaliśmy czas grając w 20...tysięcy pytań. Teraz już wiem, że frezje to ulubione kwiatki (nie widzisz, że z małej litery piszę?! Śpij, nie o ciebie chodzi, tym razem o rośłinki) Ani.
W Krakowie od razu skierowaliśmy się...wcale nie na Starówkę, tylko do...tam gdzie król chodzi piechotą. Dzięki Kwiatek za bilet (ale ja wcale żadnego biletu dla ciebie nie kupowałem!). A to jeszcze lepiej, znaczy się zaoszczędziłem 8 zł. Fotki do zrobienia oddał Kwiatek (teraz wielką literą, więc już nie śpij!) i powiedziano nam, żeby przyjść przed 21, to może będą już zrobione.
A potem był podwieczorek i Kwiatek dostał atak serca (????!!!!). Zestaw do jedzenia się tak nazywał, spoko, spoko nic mu się nie stało. A kelner jaki miał łeb, wcale nie jak sklep, ale pamięć to miał chyba jeszcze lepszą od mojej. Wszyscy wyrecytowali zamówienia, nic nie zapisał (a może nie umiał, albo nie miał długopisu), kiwnął głową i poszedł.
Zamki w drzwiach były tylko 3, ale za to chyba jakieś zaczarowane, bo łatwo się nie dały. Wyglądaliśmy jak włamywacze, więc tylko wypatrywać policji. Kwiatek też już skapitulował, ale jakoś przecież musimy się tam dostać, bo na komisariacie to się kiepsko sypia. Nie po to oglądałem tyle McGyver'ów, żeby sobie nie umieć poradzić z takimi drzwiami. Dwa klucze przekręciliśmy na 3, 4 i....sezamie otwórz się! Dziękuję, nie mam więcej pytań ("nobody is perfect, so call me nobody"). Weszliśmy do mieszkanka i............... .......................................................................................................................................................no właśnie, aż nas zatkało! Mnóstwo historii w takim jednym małym mieszkanku! Fajowe książeczki, mebelki, aż strach głęboko oddychać (żeby czegoś nie zepsuć).
Przed 21 byliśmy z Kwiatem po fotki. Właśnie kończyły się robić (ja myślę!). Potem szukaliśmy sklepu i znaleźliśmy i kupiliśmy i dlatego nas tak długo nie było, więc nie wiem co się tak denerwowałyście a poza tym czy my wyglądamy na takich co zabłądzą (Kwiatek, ale Wawel to już dziś widzieliśmy 3 razy, którędy do domu?). Pamiętam, że Krasińskiego 9 mieszkania 7a, to chyba kiedyś trafimy.
Kolację my zjedli, wino wypili, Edith Pif-Paf się sączyła i Miles Davis i było bardzo przyjemnościowo. Marysia z Agnieszką się już pospały a tu koło 2 (już środa) pada hasło: spacer, Wisła i w ogóle Kraków baj najt. No i my się wybrali. Potem padło hasło nr 2, że może by tak zdobyć smoka. Kwiatkowi nie trzeba było 2 razy powtarzać. Ciach, ciach i już był na górze a ja niestety miałem za kiepskie buty i nie wszedłem, ale że kiepski nie jestem, to sobie wszedłem na...latarnię. Taki mój mały debilizm, ale to nie jest ani groźne, ani zaraźliwe (a może nie do końca, bo potem Kwiat chciał zobaczyć jak to jest zdobyć Wawel). I byłby go pewnie zdobył, gdyby nie pan z budki, który nas wypłoszył.
28 lipiec, środa
"To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść...". No nie do końca, dopiero zjedliśmy śniadanie, wyszliśmy na poszukiwanie prezentu dla mamy Kwiatuszków, jest rano, świeci Słońce (aż się nie chce do domu wracać, nie?). Sklepów my zwiedzili iks (w sensie, że dużo). Pod jednym to nawet chyba mafia była (koleżka dresopodobny, złotem obwieszony-jakie to trzeba mieć silne mięśnie karku, żeby taki łańcuch utrzymać!- w okularach, komórka na wierzchu, no to kim on mógł być?!). Wracając zakupiliśmy również, w ramach podziękowania za dach nad głową, Stock 84 brandy, dla kolegi Małgosi. Kwiatek dopisał podziękowania na maszynie i potem pożegnaliśmy domek.
Ania z Małgosią pojechały oddać klucze a my poszliśmy przez Starówkę, bo Kwiat chciał jeszcze zwiedzić sklep Chłodny Sport.
Umówiliśmy się pod dworcem przed 17. Ostatnia wspólna wieczerza (raczej podwieczorek) i...(aż nie chcę tego napisać!) zaraz się trzeba będzie pożegnać. Dziewczątka miały autobus o 17.40, nasz pociąg o 18.05, tak więc to my ostatni opuścimy posterunek. Mam nadzieję, że się nie popłaczemy ("chłopaki nie płaczą"). Aj! Jak ja nie cierpię pożegnań!
Na do widzenia dostaliśmy po Niezapominajce (bynajmniej nie roślinki!) i po raz trzeci (ostatni) było jak w bajce a mianowicie wniosłem Agnieszkę do autobusu. I ja tam byłem, miód, piwo piłem...dwie dziurki w nosie i skończyło się!
Tak. To prawda. Skończyło się. Coś na pewno. Skończyło się 8 fantastycznych dni lipca 1999. Byliśmy ze sobą tylko 8 dni a wydaje się, jakby to było parę tygodni. Nie lubię pożegnań!
Kiedy wasz autobus już odjechał, nastroje zrobiły się drewniane, mózg od razu pognał 8 dni wcześniej, co z tego kiedy..."TO JUŻ JEST KONIEC, NIE MA JUŻ NIC......"
12 sierpień, czwartek, 16.32
...Ale coś się musi skończyć, żeby zacząć mogło się coś. Właśnie ukończyłem wklepywanie. Boże! Nawet nie wiecie jaka to radocha tak sobie wklepywać i mieć świadomość, że jeszcze tylko 2 godziny z haczykiem i...się znowu zobaczymy!!!! Tyle na razie, do usłyszenia wieczorem, pędzę odkurzać, bo jakby się Rafał dowiedział, że tak sobie cały dzień przeklepałem, to by nie był hepi!
Pa, pa, pa całusów sto dwadzieścia dwa i jeszcze karaluch pod poduchy a szczypawy do zabawy i śpijcie miasta, śpijcie wioski, Podpułkownik Malinowski. Pozdrowienia od Janusza, który nie śpi, bo się rusza.
Autorem niniejszej kroniki jest Paweł Marszałek.